1:0 dla Małysza, czyli wspomnienia z Wings for Life 2018



O starcie w Wings for Life zacząłem myśleć już w maju 2017 roku, oglądając relację z ubiegłorocznej edycji tego biegu, kiedy to w Mediolanie szalał Warszawski Biegacz, czyli Bartosz Olszewski. Dosyć długo się zastanawiałem, czy wystartować w Wingsie, czy może jednak jakiś maraton. Ostatecznie postanowiłem spróbować swoich sił w tym nietypowym biegu. Decyzja ta była strzałem w dziesiątkę. Atmosfera i sama formuła zawodów przypadła mi do gustu i już rezerwuję sobie weekend na przyszłoroczną edycję Wings for Life.

Na wstępie może kilka słów o samym biegu. Nie każdy musiał o nim słyszeć. Wings for Life to bieg, w którym, jak głosi motto zawodów, Biegniemy dla tych, którzy nie mogą. Jest to bieg charytatywny, w którym wpisowe jest przekazywane na badania nad leczeniem urazów rdzenia kręgowego. W biegu tym, a ściślej mówiąc zawodach, biegacze i osoby poruszające się na wózkach inwalidzkich starują na równych zasadach. Start odbywa się w kilkunastu lokalizacjach na całym świecie o tym samym czasie. Wyścig jest nietypowy, ponieważ trasa biegu nie ma z góry określonego dystansu i linii mety! A co więcej, zwycięzcą jest zawodnik, który na mecie będzie jako ostatni. Już wyjaśniam. Więc jak już zaznaczyłem, start odbywa się w wielu miejscach na świecie o tym samym czasie. W Polsce start jest w Poznaniu o godzinie 13:00. Pół godziny po starcie biegu z linii startu wyrusza samochód pościgowy. W Poznaniu samochód prowadzony jest przez Adama Małysza! Samochód na początku porusza się z szybkością 15 km/h (tempo 4:00/km). Co godzinę samochód przyspiesza, kolejno do: 16 km/h, 17 km/h, 20 km/h i w końcu do 35 km/h, utrzymując tą prędkość do momentu dogonienia ostatniego uczestnika zawodów. Ten ostatni zawodnik jest zwycięzcą biegu. W tym roku (a także w ubiegłym) był nim wózkarz Aron Anderson, który pokonał dystans 89.85 km.

Sobota

Po tym krótkim wprowadzeniu, wróćmy do mojego startu w tych zawodach. Decydując się na bieg w Wings for Life miałem spore oczekiwania co do dystansu, który zdołam przebiec. Jako cel minimum stawiałem sobie maraton, który trzeba przebiec w czasie poniżej 3 godz. i 8 min., żeby nie być dogonionym przez samochód pościgowy. Na maratonie w Eindhoven pobiegłem poniżej tego czasu, dużo trenowałem od początku roku i wierzyłem, że mogę to zrobić. Dystans 48 km był dla mnie celem marzeniem. Żeby tego dokonać trzeba biec przez trzy i pół godziny w tempie 4:22/km. Postanowiłem spróbować i wystartować właśnie z taką szybkością.

Do Poznania, razem z Sanją, dotarliśmy w sobotę po południu. Start był w niedzielę. Po przyjeździe i zameldowaniu się w hotelu, udaliśmy się odebrać pakiety startowe na Międzynarodowe Targi Poznańskie, gdzie odbywała się cała impreza. Organizatorzy i sponsorzy spisali się na medal i każdy z biegaczy otrzymał bardzo fajną okazjonalną koszulkę techniczną wykonaną przez firmę 4F. Do tego batoniki, magazyn itp. Wiecie mniej więcej co zazwyczaj można znaleźć w pakiecie startowym poza numerem. Na pochwałę zasługuje również organizacja wydawania pakietów startowych i przyjmowania bagaży do depozytu. Wszystko sprawnie i szybko, bez przesadnych kolejek. Jedyne do czego można by się przyczepić to ilość toalet, do których w dniu startu tworzyły się kolejki. Ale tych biegaczom zawsze mało 😉

Same gwiazdy: Jerzy Skarżyński, Joanna Jóźwik i dwa razy ja 😄
W miasteczku można było spotkać osobowości rozpoznawane przez wielu biegaczy. Swoje stoisko miał Jerzy Skarżyński, z którym miałem przyjemność chwilę porozmawiać. Bardzo sympatyczny człowiek. Przy okazji nabyłem kolejną książkę do mojej biegowej biblioteczki, Trening biegowy metodą Skarżyńskiego. Spotkać można było również Joannę Jóźwik, biegaczkę średniodystansową, halową rekordzistkę Polski w biegu na 800 metrów. Kto biegł Wingsa może powiedzieć, że ścigał się z samą Jóźwik 😉, która jest ambasadorką biegu i startowała w zawodach.

Po odebraniu pakietów startowych i wykonaniu pamiątkowych zdjęć, udaliśmy się na kolację a następnie wypoczywać do hotelu.

Niedziela

W dniu startu obudziłem się około 8:00. Czułem się wyspany i gotowy na rywalizację. Trochę się denerwowałem i stres narastał wraz ze zbliżaniem się godziny startu. Po przebudzeniu zjadłem owsiankę z bananem i wypiłem podwójne espresso. Udałem się na krótki spacer kupić batony, które zamierzałem zjeść po biegu. Było wciąż chłodno, ale słonecznie. Można było się spodziewać, że później zrobi się gorąco. Na dodatek wiał dosyć silny wiatr. No cóż, nie zapowiadało się najkorzystniej, jeżeli chodzi o pogodę. Wróciłem do hotelu. Nie bardzo wiedziałem co ze sobą zrobić. Około 10:30 zjadłem drugie śniadanie – naleśniki z masłem orzechowym i kremem czekoladowym. Był to ostatni posiłek przed startem. Krótko po 11:00 udaliśmy się do miasteczka zawodów, gdzie spotkaliśmy się z naszymi kibicami 😃 Moi rodzice i młodszy brat przyjechali nas dopingować i oczekiwać na nas na… chciałoby się powiedzieć na mecie, ale właściwie to na starcie. Spakowaliśmy niepotrzebne rzeczy do toreb i oddaliśmy je w depozyt. Zaczęło się wielkie oczekiwanie. W końcu postanowiłem się rozgrzać. I tu zaczęły się problemy. Chciałem zabrać ze sobą osiem żeli energetycznych. Trzy w kieszonce od spodenek, cztery w nerce i jeden w ręce. Pech chciał, że w czasie rozgrzewki pękł mi pasek od nerki. Szybka zmiana planów i postanowiłem wystartować mając z sobą sześć żeli: trzy w kieszeni i trzy w rękach.

O 12:30 udałem się na linię startu. Słońce grzało i było gorąco. Byłem przydzielony do drugiej strefy startowej. Strefy były dosyć długie. Szacując swoje możliwości i nie chcąc przeszkadzać potencjalnie szybszym biegaczom ustawiłem się jakieś 5-10 metrów za linią wyznaczającą początek strefy. Okazało się, większość nie podąża tym samym tokiem rozumowania. Nie rozumiem, dlaczego ludzie, którzy planują biec wolniej niż 5:00/km pchają się do przodu stref startowych. No ale nie muszę rozumieć wszystkiego…

Po wspólnej rozgrzewce, kilku meksykańskich falach w boksach startowych, trochę niespodziewanie, ale punkt o 13:00 nastąpił start! Biegniemy! Tzn. próbuję biec. Na początku przeskakuję z nogi na nogę. Jest bardzo ciasno i pierwszy kilometr pokonuję w 5:14. Prawie minutę wolniej niż zakładałem. Po kilometrze zaczyna się walka o pozycję i trochę przepychania. Zaczynam slalom i kolejne dwa kilometry pokonuję w czasie poniżej 4:10. Po trzech kilometrach mój bieg stabilizuje się i poruszam się z prędkości około 4:25/km. Wciąż jest dosyć ciasno, ale już można swobodnie wyprzedzać. Biegniemy ulicami Poznania. Na chodnikach i poboczach Poznaniacy dopingują nas swoimi okrzykami. Co jakiś czas zbijam piątki z młodszymi kibicami. Biegnie mi się dosyć lekko, chociaż jednocześnie wiem, że utrzymać tempo lepsze niż 4:25/km będzie ciężko. Co za tym idzie – cel marzenie (48 km) pozostanie marzeniem.

Gdzieś pomiędzy piątym a szóstym kilometrem znajduje się pierwsze stoisko z wodą. Złapałem kubek i pobiegłem dalej. Kilka minut później, po pół godziny biegu, z linii startu wystartował Adam Małysz, a ja otworzyłem pierwszy żel. Ciężko mi się go jadło, ale przełknąłem i pobiegłem dalej. Wybiegliśmy z Poznania. Kolejne stanowisko z wodą pojawiło się dla mnie trochę niespodziewanie i nie zdążyłem złapać kubeczka. Trudno, musiałem sobie radzić bez. Po opuszczeniu Poznania, trasa biegu prawie cały czas wiodła delikatnie pod górę. Było trochę biegania w dół, ale podbiegi zdecydowanie dominowały. Wciąż utrzymywałem tempo w okolicach 4:25/km. Po godzinie od startu, otwierając kolejny żel, miałem za sobą jakieś 13.5 km. Na szesnastym kilometrze musiałem zrobić przerwę na toaletę i niestety straciłem około 30 s. Szybko wybiegłem z toi-toia i kontynuowałem ucieczkę przed Małyszem.

Nie pamiętam już dokładnie, ale w okolicach 20 km, może trochę przed a może po, biegliśmy w pełnym słońcu, pod górkę i pod wiatr. Wydaje mi się, że ten odcinek trasy mnie dobił. Zacząłem słabnąć. Udało mi się utrzymywać tempo do półmaratonu, potem systematycznie zacząłem zwalniać. Zjadłem już trzy żele i o kolejnym nie chciałem nawet myśleć. Byłem odwodniony. Zegarek pokazywał prawie 27 km. Na dodatek dopadła mnie kolka. Przeszedłem do marszu. Nie pamiętam kiedy ostatni raz to zrobiłem, chyba w czasie mojego pierwszego maraton. Byłem tak wycieńczony, że nie byłem stanie zmusić się do biegu. Przemaszerowałem może 300-400 metrów. Minimalnie odpocząłem i złapałem oddech. Byłem w takim stanie, że każdy wynik powyżej 32 km zacząłem uważać za sukces.

Czasy pokonywania kolejnych kilometrów.
Na kolejnych stanowiskach z wodą maszerowałem i piłem po kilka kubków wody. Zjadłem też banana. Miałem jeszcze trzy żele, ale nie chciałem o nich słyszeć. Przed ukończeniem 31 km, po raz kolejny, przeszedłem na chwilę do marszu. Poznałem wtedy Jarka, którego pozdrawiam. Razem przebiegliśmy może kilometr, może więcej, umilając sobie czas rozmową. Zdecydowałem, że jeszcze trochę przyspieszę. Małysza nie było jeszcze widać, ale już czułem jego oddech na plecach. Z jednej strony było mi trochę żal, że tan bieg już się dla mnie kończy i że nie pokonałem chociaż 42 km. Z drugiej, cieszyłem się, że to już koniec. Biegłem dalej. Gdzieś po 35 km biegacze z tyłu zaczęli sygnalizować, że zbliża się samochód pościgowy. Starałem się przyspieszyć. Przekroczyłem 36 km. Samochód był już naprawdę blisko. Zacisnąłem zęby i biegłem najszybciej jak mogłem w tym momencie. Po 36.4 km wiedziałem, że to koniec. Zwolniłem, uniosłem ręce w górę i odwróciłem się w stronę kolumny pościgowej. Z pozostałymi biegaczami machając pozdrawialiśmy Adama Małysza i całą załogę, która nas ścigała.

Trasa biegu.

Powrót

Najbliższy autobus powrotny był kilometr od miejsca, w którym zostałem złapany. Spragniony, z suchymi ustami i w towarzystwie innych biegaczy udałem się do autobusy. Autokar był już zapełniony. Złapałem wodę i usiadłem na podłodze. Po chwili ruszyliśmy w podróż powrotną. Nie było źle, ale miewałem przyjemniejsze podróże. Było gorąco i duszno, a autobus był pełen przepoconych biegaczy, w większości facetów. Sorry, ale po prostu wszyscy śmierdzieliśmy. Chociaż wtedy niespecjalnie mi to przeszkadzało. Zanim dotarliśmy na miejsce startu, wypiłem półtora litra wody. Miałem moment, że czułem się bardzo źle, ale jakoś przetrwałem.


Dojechaliśmy. Wysiadając zabrałem jeszcze jedną butelkę z wodą. Wychodzę z autobusu a ludzie zaczynają biec na start! Nie miałem ochoty tego robić, ale jak wszyscy to wszyscy. Pobiegłem na linię startu i otrzymałem pamiątkowy medal. Zacząłem szukać rodziny. Gdzieś w tłumie usłyszałem wołanie brata, który doprowadził mnie do wszystkich. Usiadłem na ziemi, nawet się położyłem. Ściągnąłem buty i… nie będę opisywał tego co ujrzałem. Jeden z małych palców nie wyglądał dobrze (już mu lepiej 😉). Nie zostaliśmy na imprezie do końca. Byłem zmęczony i głodny. Było już po 17:00, a ja ostatni raz jadłem przed 11:00. Pożegnaliśmy się, rodzice i brat udali się na pociąg powrotny do domu, a ja z Sanją do hotelu. Odświeżyliśmy się a następnie poszliśmy na dużą kolację. I piwo! 😁

Podsumowanie

Miałem mieszane uczucia. Nie zrealizowałem nawet planu minimum. Skończyłem bieg z wynikiem 36.42 km, co zajęło mi około 2 godz. 49 min. Na drodze do realizacji celu na pewno stanęła pogoda. Było gorąco i wiał silny wiatr. Na trasie biegu musiałem zatrzymać się do toalety. Kolka zmusiła mnie do przejścia do marszu. Zadania nie ułatwiał mi Adam Małysz, który nie zwalniał ani na moment 😉 Patrząc na to z drugiej strony, mimo ciężkich warunków i problemów w czasie biegu, udało mi się pokonać ponad 36 km. Miałem moment, że obawiałem się, że skończę poniżej 32 km. Nie mogę nazwać tego biegu sukcesem, ale nie nazwę go też porażką. Był to mój debiut w Wings for Life a sam bieg kolejną lekcją, z której trzeba wyciągnąć wnioski na przyszłość. W tym roku jest 1:0 dla Małysza, ale wrócę za rok, żeby się zrewanżować!



1 komentarz: